Księżycowi jest tak łatwo wkurwić się na ludzi.
Nic nie robi, nic nie mówi, patrzy i marudzi.
Jak on wisi, jak on świeci, nikt go nie zapyta,
Nie mam czasu, wolę pędzić, biegnę do koryta.
Jakaś siła mocna lecz nie z ziemi trzyma rękę.
Coś podeprze, coś odetnie, zwiąże liną wstęgę
i pociągnie pod wodopój, da się opić aż do syta,
a czy więcej może, człowiek z bezczelnością pyta.
Księżyc co ma zrobić, sam nic nie może,
"oj idiotom nic już w sumie nie pomoże",
tylko jedno dzisiaj Ciebie błagam Boże,
"a od złego ich z daleka trzymaj, proszę".
Co On na to odowiedział, kto tam wie,
nikt nie slucha, nikt nie zwolnił
na łeb szyję, matce, ojcu wchodzi połamanym butem z dziurą z gównem pod podeszwą brzydką i śmierdzącą stopą ze skarpetą cerowaną, ehh.
Gdyby tak można wiarę darować,
oddać bezbożnym by życie ratować...
Niby sięgnąć chciałby go człowiek,
ale Księżyc nie da się dotknąć.
Niech z daleka patrzy na dół,
niech nie brudzą go te dłonie
co brud ludzki mają w sobie.
Za wysoko i... tak dobrze.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz