poniedziałek, 22 grudnia 2014

Bohater tragiczny

Kap, kap, łza na chodnik kapie.
On nie wie, Ona płacze.
On nie wie, Ona płacze...

Zwykła świecka jedna kobieta,
czarna jak węgiel, czysta jak krew, 
sunęła po ziemi w stronę nieznaną.
Nigdy nie chciała być zapomnianą.

Niezwykły Boga jeden mężczyzna,
jasny jak rzeźba, czysty jak niebo,
czekał, aż przyjdzie coś nieznanego.
Zmieni się życie człowieka smutnego.

Znając się chwilę, Ona wpatrzona, 
zauroczona jego skromnością,
poszłaby za nim, tam gdzie nie można.
W sercu z szarą smutną miłością.

On nie tak bardzo, dawał się ponieść, 
chociaż rozumiał, co ona czuje...
a On za bardzo starał się uciec.
Ona za bardzo lubiła go słyszeć.

Nie żyła przecież, życie jej męką, 
nosiła na barkach miłości brzemię,
a Ona dała swe serce w potrzebie,
czemu jej kazał On poznać siebie?

Znalazła go kiedyś przypadkową drogą, 
nogi zagięły pod nią się całe.
Wspomnienia stare już odnowiałe.
Paznokcie i ręce całe zbladniałe.

Weszła, objęła. Coś zaszeptała, 
On załamany, Ona złamana.
Na czarnej sutannie została jej łezka
i niewidoczna żalu kreska.

wtorek, 2 grudnia 2014

Mąż i żona


- Myszko! Wróciłem, jestem już w domu!
- Hej! Co tam słychać, jak nowa praca?
Powiedz mi proszę, jestem ciekawa.
Jak zdrowie ciągle żyć ci pozwala.

Tym razem też szef odciął ci rękę?
Czy rozpruwano sprzątaczki wnętrza.
Hej?! No powiedz mi jak to przed chwilą,
zgniatano ci młotem pół resztki serca.

Szalało, szalało, ciemno i jasno.
W oczach strzelało ci ciepło i zimno.
Chyba, że może w ciepłym kąciku,
czekałeś na chwilę litości nad nędzą.

Nie?! Nic?!Jakie to szczęście,
zdrowego, całego męża mieć w domu.
Ty się mnie wstydzisz. No wyduś to z siebie!
Że żona truciznę rozpyla w powietrzu.

- Myszko, kochanie... Ja tak nie myślę!
- Daj sobie spokój. Schowaj te żale.
Żałosne słowa nie leczą mi ciała,
ani na duszy lepiej, nic, wcale.

- Mój dzień? Kochanie, głupie pytanie.
Świetnie się czuję. Nic mnie nie boli.
Dwie garści leków sprawiają, że jakoś,
do łóżka w pokoju dochodzę powoli.

Daj mi powiedzieć ostatni monolog,
zanim to zimno przeszyje mi czoło.
Muszę zrobić to sama natychmiast,
pierwsze co zrobię, pożegnam się z Tobą.

On we mnie siedzi, rozkłada me wnętrze.
Konam powoli, cierpię i żyję.
Nie ma mnie więcej, a więcej mnie boli.
Pomocy wołam, o śmierci wciąż myślę...

Ręki już nie mam, serca też prawie.
Płuca w agonii znikają co chwila.
Mniej i mniej mnie, a ludzie patrzą,
jak żonie twojej rak ciało pożera.


- Co? Jeszcze żyjesz? Żono daj spokój,
ile można sterczeć nad tobą?
- „ W zdrowiu w chorobie, na złe i na dobre,
dopóki trzymamy się jeszcze ze sobą”...