Kap, kap, łza na chodnik kapie.
On nie wie, Ona płacze.
On nie wie, Ona płacze...
On nie wie, Ona płacze.
On nie wie, Ona płacze...
Zwykła świecka jedna kobieta,
czarna jak węgiel, czysta jak krew,
sunęła po ziemi w stronę nieznaną.
Nigdy nie chciała być zapomnianą.
Niezwykły Boga jeden mężczyzna,
jasny jak rzeźba, czysty jak niebo,
czekał, aż przyjdzie coś nieznanego.
Zmieni się życie człowieka smutnego.
Znając się chwilę, Ona wpatrzona,
zauroczona jego skromnością,
poszłaby za nim, tam gdzie nie można.
poszłaby za nim, tam gdzie nie można.
W sercu z szarą smutną miłością.
On nie tak bardzo, dawał się ponieść,
On nie tak bardzo, dawał się ponieść,
chociaż rozumiał, co ona czuje...
a On za bardzo starał się uciec.
Ona za bardzo lubiła go słyszeć.
a On za bardzo starał się uciec.
Ona za bardzo lubiła go słyszeć.
Nie żyła przecież, życie jej męką,
nosiła na barkach miłości brzemię,
a Ona dała swe serce w potrzebie,
czemu jej kazał On poznać siebie?
a Ona dała swe serce w potrzebie,
czemu jej kazał On poznać siebie?
Znalazła go kiedyś przypadkową drogą,
nogi zagięły pod nią się całe.
Wspomnienia stare już odnowiałe.
Wspomnienia stare już odnowiałe.
Paznokcie i ręce całe zbladniałe.
Weszła, objęła. Coś zaszeptała,
On załamany, Ona złamana.
Na czarnej sutannie została jej łezka
i niewidoczna żalu kreska.
Na czarnej sutannie została jej łezka
i niewidoczna żalu kreska.