- Myszko! Wróciłem, jestem już w domu!
- Hej! Co tam
słychać, jak nowa praca?
Powiedz mi
proszę, jestem ciekawa.
Jak zdrowie
ciągle żyć ci pozwala.
Tym razem też
szef odciął ci rękę?
Czy
rozpruwano sprzątaczki wnętrza.
Hej?! No
powiedz mi jak to przed chwilą,
zgniatano ci
młotem pół resztki serca.
Szalało,
szalało, ciemno i jasno.
W oczach
strzelało ci ciepło i zimno.
Chyba, że
może w ciepłym kąciku,
czekałeś na
chwilę litości nad nędzą.
Nie?!
Nic?!Jakie to szczęście,
zdrowego,
całego męża mieć w domu.
Ty się mnie
wstydzisz. No wyduś to z siebie!
Że żona
truciznę rozpyla w powietrzu.
- Myszko,
kochanie... Ja tak nie myślę!
- Daj sobie
spokój. Schowaj te żale.
Żałosne
słowa nie leczą mi ciała,
ani na duszy
lepiej, nic, wcale.
- Mój dzień?
Kochanie, głupie pytanie.
Świetnie się
czuję. Nic mnie nie boli.
Dwie garści
leków sprawiają, że jakoś,
do łóżka w
pokoju dochodzę powoli.
Daj mi
powiedzieć ostatni monolog,
zanim to
zimno przeszyje mi czoło.
Muszę zrobić
to sama natychmiast,
pierwsze co
zrobię, pożegnam się z Tobą.
On we mnie
siedzi, rozkłada me wnętrze.
Konam powoli,
cierpię i żyję.
Nie ma mnie
więcej, a więcej mnie boli.
Pomocy wołam,
o śmierci wciąż myślę...
Ręki już
nie mam, serca też prawie.
Płuca w
agonii znikają co chwila.
Mniej i mniej
mnie, a ludzie patrzą,
jak żonie
twojej rak ciało pożera.
- Co? Jeszcze
żyjesz? Żono daj spokój,
ile można
sterczeć nad tobą?
- „ W
zdrowiu w chorobie, na złe i na dobre,
dopóki
trzymamy się jeszcze ze sobą”...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz